Tracę kontrole

Rozpoczął się weekend. Na głównej ulicy miasta, które spowiła ciemność wypierana przez miejskie latarnie, było gęsto. Jedni topili swe smutki w objęciach trunków wysokoprocentowych, gdy inni w tych samych objęciach się radowali. Szli na pobliskie parkiety, by zademonstrować kroki taneczne podpatrzone na YouTube. Szukali szczęścia w miłości czy też przygód na jedna noc.

Ich wzajemne zainteresowanie wzmagało się z każdym SMS-em, które zwykli słać sobie wieczorową porą. Co stoi na przeszkodzie, by spotkać się w piękną listopadową noc, w jednym z lokali, który sprzyja do nawiązywania nowych znajomości? Widzimy się o 20. Ciesze się, że pasuje, do zobaczenia…

Pospiesznym krokiem wymijał ludzką masę wylewającą się z każdej kamienicy, uliczki czy też bramy na główny deptak miasta. Nie lubił się spóźniać, toż to oznaka braku szacunku względem drugiej osoby – uważał. Rzucał co chwila okiem na pięknie zdobione kamienice przylegające do ulicy. Uwielbiał ich widok, którym napawał się, jak gdyby szedł tędy po raz pierwszy. Zbliżał się powoli do miejsca spotkania. Ze znacznej odległości dostrzegł wyróżniającą się z tłumu złotowłosą dziewczynę o miłej aparycji, która już czekała na jednej z pobliskich ławek. Zniesmaczył, go widok papierosa w jej dłoni. Nienawidził ich.

Przywitał się, po czym weszli do środka. Zamówili po złocistym trunku, z procentem dla niego, bez procentu dla niej, gdyż była samochodem. Rozmowa kleiła się, aż nazbyt dobrze. Zaczęła się dosyć niewinne: praca, rodzina… Nie wiedzieć kiedy tematy do rozmów stały się poważniejsze. Zaprosił ją do swego „świata” – podejście do życia, filozofia, psychologia, marzenia czy myśli. Uwielbiał poruszać te kwestie. Jak się okazało ona również, więc to może ona zaprosiła jego? Byli tak pochłonięci rozmową, że nie miało to większego znaczenia. Nie poruszali tych bardzo ważnych dla nich tematów ze swymi znajomymi. Na pewno nie robili tego tak często, jakby chcieli. Ich bliscy nie rozumieli ich podejścia, nie mieli odpowiedniej wiedzy w tych tematach, by móc swobodnie o tym rozmawiać, lub po prostu najzwyczajniej w świecie ich to nudziło, dlatego też wzbraniali się przed tym, uciekając w popłochu, gdy tylko, któreś z nich zaczynało. Może właśnie dlatego czuli się ze sobą swobodnie jak ryby w wodzie. Stworzyli swój własny świat, w którym ich niematerialne cząstki siebie splotły się dłońmi, oddając rytualnemu tańcu.

Wszystko zaczęło się komplikować. Nawet Sun Tzu nie przewidziałby takiego przebiegu ich interakcji. Miał być zdystansowany, chłodny wręcz, dość miał niepowodzeń. Stworzył na tę potrzebę zbroję, za której pancerzem się skrył. Był tam bezpieczny. Jednak im dłużej trwała konwersacja, im więcej poruszanych było tematów, wypowiedzianych słów, z których większością się zgadzał, a te trafiały do niego niczym jeździec. Jeździec dzierżący drewnianą kopię, przedzierający się przez jego zasieki, pokonujący jednym susem wielki mur, który wybudował przed miesiącami i szarżuje w swym pełnym pędzie na nieświadomego rycerzyka, który czuł się bezpieczny. Kopia kruszy się na jego lśniącej zbroi, na której pojawiły się pierwsze od dawien dawna rysy. Im dłużej ze sobą przebywają, tym z większą natarczywością jeździec wzmagał swe szarże. Jedna za drugą. Kolejne rysy…pierwsze wgniecenia. Czas płynie powoli, jak gdyby osoba sprawująca nad nim władze, postanowiła zrobić sobie przerwę, by móc podziwiać całą scenerię, obejrzeć dobry film. Wgniecenia, zmieniają się na pęknięcia, potem kolejne. Nim się obejrzał, stał zupełnie bezbronny, nagi wśród kawałków tego co niegdyś było jego pancerzem. Jeszcze do niego nie dociera, co właśnie się stało. Nie wie, że im dłużej głęboko patrzy w jej niebieskie ślepia, niebawem w nich utonie. Jeszcze tego nie wie. Dowie się, ale będzie już za późno.

Nim poszedł skorzystać z toalety, rzucił pytanie: ” z jakiego miesiąca jesteś?” Jej odpowiedz była potwierdzeniem jego przypuszczeń. Niczym pieczątka wydawana przez urzędnika mówiąca:”jesteście sobie pisani”. Była z tego samego miesiąca co on. Z pozoru głupie, jednak wiedział, że z osobami urodzonymi tego samego miesiąca odnajdywał niesamowity kontakt, tworzył swego rodzaju więź, której nie dało się opisać. Oczy zaświeciły mu z intensywnością miliona gwiazd, gdy usłyszał odpowiedz. Gry wrócił z toalety, opuścili lokal.

Nie wracajmy jeszcze – rzucił. Ktoś zostawił odkręcony kran. Kran, z którego wylewały się endorfiny wypełniające każdy zakamarek ciała. Podobało mu się to, nie chciał go zakręcać. Jeszcze nie teraz. W życiu liczą się tylko chwile i oby ta trwała jak najdłużej. Kolekcjoner chwil.

Dobrze. Niedaleko jest park, możemy tam podjechać – odparła.

Było grubo po północy. Park, który za dnia wypełniony jest życiem, bawiącymi się dziećmi, ludźmi wyprowadzającymi swe pupile, teraz był opustoszały…ciemny…cichy… Zdawać by się mogło, że są w nim sami. Spacerowali w milczeniu, gdy po chwili w jego głowie zawitała myśl. Pewien impuls, bo jak to inaczej nazwać? Nigdy coś podobnego nie przyszło mu na myśl. Z pozoru głupie, jednak było w tym coś fajnego, innego.

– Zróbmy coś dziwnego. Połóżmy się tu, na środku tego chodnika.

– Co? A jak nas ktoś zobaczy?

– Przestań. Park jest pusty, a nawet jeśli, co z tego? Ktoś zobaczy parę czubków leżących na środku chodnika i pójdzie dalej – powiedział, po czym położył się pierwszy. Dołączyła do niego po chwili. Byłoby nawet całkiem romantycznie, gdyby nie fakt, że gałęzie przysłaniały gwieździste niebo. Nim rzekła „odwiozę Cię”, poszli jeszcze na plac zabaw, korzystając z jego uciech.

Wisienka na torcie. Pożegnanie. Punkt kulminacyjny. Serce zaczyna mu bić szybciej. Utrzymując kontakt wzrokowy, powoli zbliża się w kierunku jej ust, których pragnął posmakować. Musiała być fanką boksu, bowiem niczym Rocky Marciano schodzi z linii „ciosu” robiąc unik, nadstawia policzek, na którym lądują jego usta. „Dobranoc” – mówi złotowłosa.

Porażka. Przecież było zajebiście, więc o co chodzi z tym nieodwzajemnionym pocałunkiem? – pomyślałby pewnie przed laty, dołując się tym faktem. Wtedy brakowało mu pewności siebie, nie miał pojęcia, jak to wszystko działa. Teraz wie. Wie troszkę więcej. Nie ma ciśnienia. Jest spokojny, jest to tylko kwestią czasu, wie to. Nie śpieszy się. Zamierza delektować się całym procesem. Jeść małymi łyżeczkami jak najlepszy deser, który rozpływa się w ustach, przedziera przez podniebienie niczym tornado, bombarduje kubeczki smakowe. To dopiero początek ich wspólnej drogi, gdzieś w głębi czuje to.

„Do zobaczenia” – odpowiada z uśmiechem, wysiadając z samochodu.

M+

Facebook Comments

7 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *