(Za) Szybkie Podróże

Patrząc na projekty podróżnicze innych osób, które swe eskapady relacjonują, prowadząc vlogi czy też blogi, zauważyłem wspólny mianownik: wszystkie ich podróże kończą się happy endem, niczym w bajkach Disneya. Nie wiem, czy starają się w swych relacjach zawierać tylko te pozytywne treści, czy faktycznie, są zawsze tak zajebiście przygotowani, że nie ma tam miejsca na błędy, które mogłyby zniweczyć ich plany. Tego nie wiem. I dla sprostowania, by moja wypowiedź nie miała negatywnego odbioru – cieszę się ich szczęściem. Gdy idą już powoli w stronę zachodzącego słońca, odcinając kupony po kolejnej udanej zakończonej podróży i ukazują nam się napisy końcowe…wtedy wchodzę ja…niekoniecznie cały na biało.

Dni, które za bardzo nie różniły się od poprzednich, zaczęły powoli dawać mi się we znaki.  Czułem się psychicznie wyczerpany wysłuchując codziennie w pracy jak to każdemu się „nie chce”. Mówię autentycznie, nie było jednego pieprzonego dnia, w którym nie usłyszałbym tych dwóch niezwykle wkurwiających i demotywujących słów. Mniejsze zło, gdyby padały z ust tylko jednej osoby, wtedy po prostu bym się od niej odciął, ale każdego dnia wypowiadane były przez kogoś innego! Jak reagujecie, gdy po raz enty słyszycie w radiu Despacito? Więc wiecie, co czułem. Marzyłem o tym, by zerwać z siebie kajdany codzienności i znów poczuć się jak wolny człowiek, choć przez chwilkę…

I zerwałem. Wiecie, ile to trwało? Chwilkę. Zastanawiam się nad zmianą nazwy bloga, w końcu biorąc pod uwagę ostatnie eskapady „FastTravel” pasowałoby znacznie lepiej niż „mplustravel”. Może założenie biura podróży pod moją nową nazwą miałoby sens? „Brak Ci czasu? Chcesz przeżyć niesamowite emocje i zebrać bezcenne doświadczenie? Od wyżyn euforii i ekscytacji aż po smutek i łzy! Zgłoś się do nas! ” – głosiły by hasła nad samym wejściem.

Pewnie jesteście ciekawi, dlaczego wróciłem przed wcześnie. Wiec zaspokoję waszą ciekawość. Kojarzycie moją kompankę Victorię? Będąc w Monachium, uciekła mi. Wraz z nią zniknął mój portfel. Przepiła większość moich pieniędzy, po czym wdała się w bójkę w jednym z pubów, gdzie została bardzo poważnie ranna. Z pozostałymi środkami i towarzyszką, która wymagała jak najszybszej interwencji lekarzy, zdołałem dojechać do Wenecji, gdzie zapadła decyzja o powrocie. Victoria jest już po operacji, gdy tylko poczuje się lepiej zostanie wysłana na AA. Dobra ściemniam, powód był inny…

Emitowane są ostatnie odcinki gry o tron i nie wyobrażam sobie, bym mógł przegapić wielki finał! Nim bym się obejrzał, zostałbym zasypany spoilerami, co popsułoby mi radość całego widowiska…

A może zostawiłem włączone żelazko? Zresztą czy to ważne? Postawie w tym miejscu pauzę i przeskoczę dalej, do relacji z podróży okraszonymi ładnymi zdjęciami. Tłumaczył będę się przed samym sobą. Powiedzieć wam mogę, że nie czułem tego wyjazdu, tych wszystkich pozytywnych emocji, które miałem na samą myśl o nim. Potem wcieliłem się w rolę sabotażysty, celowo stawiając w ciężkiej sytuacji, z której niestety nie udało mi się wyjść. W planach na przyszły rok była podróż do Ameryki Łacińskiej jednak już teraz wiem, że się ona nie uda. Nie uda, gdy „w środku” coś nie gra. Wszystko to, co robimy, każda decyzja, jaką podejmujemy, na czym skupiamy swe myśli i jakie mamy nastawienie, porównać możemy do cegiełek lub klocków lego z których budujemy pewien „model” siebie, który albo działa, albo nie. Jeśli nie działa, trzeba go rozpieprzyć i zbudować od nowa.

Do plusów należy to, że każdy z tych trzech bardzo długich dni, w których każda minutka była wypełniona do granic możliwości, widziałem wspaniałe miejsca, do których z przyjemnością wrócę w przyszłości. Zabiorę was do nich w przyszłym tygodniu. Przystanek pierwszy: Monachium

M+

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *