FastTravel: część 1 – Monachium

Pierwszy przystanek to stolica Bawarii, słynąca ze swych złotych trunków. Co do tego miejsca przyjmuję postawę facetów z niskim poczuciem własnej wartości, którzy by podbudować swoje ego, pędzą do klubu w celu poznania kobiety, którą jeszcze tego samego wieczoru „zaliczą” –  tak, był to dla mnie przystanek do odhaczenia. To właśnie po opuszczeniu tego miejsca czekać na mnie miały niesamowite krainy, w których dziać miała się magia – obiecywałem sobie. Zdaje sobie sprawę, że w tej kwestii podejście odbiega nieco od tego pozytywnego, z którym jestem utożsamiany. Z jakiej racji magia ma się dziać dopiero później, a nie teraz? Masz w końcu pieprzoną różdżkę, zrób z niej do jasnej cholery użytek! Może to przez ten ich cholerny język, w którym słowo „motylek” brzmi, jakby ktoś groził Ci śmiercią? Sam nie wiem…

Co się dzieje? Czemu się nie cieszysz, tyle czekałeś na ten wyjazd – pytałem siebie, prowadząc wewnętrzny monolog z głową wlepioną w szybę autobusu, który miał mnie zabrać z Łodzi do Monachium. Tak, wiem miałem bazować na autostopie, jednak stwierdziłem, że wywiozę się jak najdalej od domu, a potem będzie już z górki. Wtedy jednak nie wiedziałem, że autostopem podczas tego wyjazdu nie przemierzę nawet kilometra. Dlaczego? Dobre pytanie. Po prostu tego nie czułem. Totalnie się zablokowałem, a gdy to nastąpi, to choćby z nieba ciskały gromy, swego zdania nie zmienię. I nie zmieniłem.

Droga minęła dosyć sprawnie. Żadna niewiasta z autobusu nie nawiązała ze mną konwersacji, której uwiecznieniem byłby numer telefonu, spełniający rolę przepustki, prowadzącej do dalszych przygód lub wspólnego zwiedzania miasta. Policja, która na jednym z postojów sprawdzała dowody osobiste, nie wykryła nielegalnych emigrantów, składu broni czy narkotyków. Na kolejnym postoju, żaden Niemiec widząc moją koszulkę z białym orzełkiem, nie wyciągnął dwóch nagich mieczy, zachęcających do wspólnych harców, podczas których miałby zademonstrować swą wyższość. Nie wydarzyło się nic, o czym warto byłoby wspomnieć. Chociaż nie, jest jedna rzecz. Zbliżając się do Monachium zaobserwowałem dość pokaźną liczbę małych, bardzo zadbanych wiosek. Niektóre z nich liczyły dosłownie po kilka domów. W KAŻDEJ wiosce był kościół, którego wieża, swym szpikulcem zdawała się dźgać niebo. Na jednym planie można było zaobserwować aż trzy tego typu wioski. Nie, w żadnej z nich nie było meczetu – może z tymi Niemcami nie jest, aż tak źle?

 

Jest. Jest bardzo źle. Jeśli większość dużych miast przypomina Monachium, Niemcy niebawem pozbawieni zostaną tożsamości narodowej. Momentami miałem wrażenie, że przebywam w jednym z krajów arabskich. Nie miałem co prawda wrażenia, że w każdej chwili coś może wylecieć w powietrze, jednak widząc napis „McDonald’s” w języku arabskim, nie ukrywam, że wzbudziło to mój niepokój (był jeszcze chyba w języku rosyjskim) Nie chce wchodzić w tematy polityki, bo to największy syf, poza tym sam zamieszkiwałem Wyspy Brytyjskie, gdzie polaków jest multum. My jednak wmieszaliśmy się w otoczenie, żyjąc własnym życiem. Nie mam nic przeciwko emigracji, bo jest to fajne doświadczenie, tu jednak bardziej przypomina to kolonizacje. Kontrast jest drastyczny.  Przykład. Udałem się spełnić jedną ze swych misji w stolicy Bawarii – napić się zimnego piwka, które zniweluje uczucie zmęczenia tułaczki po mieście i da ulgę w ten jakże gorący dzień (musiałem też znaleźć miejsce, w którym podładowałbym swój telefon, który pełnił funkcje mapy, a bateria wyczerpywała się szybciej niż moje zapasy cierpliwości w starciu z głupkami). Zajmuję stolik, delektując pysznym, złocistym trunkiem. Przede mną stolik zajmuje para skośnookich kobiet po boku para skośnookich mężczyzn. Za mną natomiast zaczyna się rotacja stolików i krzeseł, by pomieścić całą familię (dorośli i gromada dzieci). Zajęli 1/3 miejsca w ogródku.

Gdy zawitałem do jednego z pubów, by ukraść trochę prądu i przywrócić swój telefon do świata żywych, popijałem przeciętne espresso i obserwowałem otoczenie, gdy weszła ona. Nie dałem się zgermanizować na lekcjach niemieckiego, więc nie rozumiałem co mówiła, jednak po gestach i pretensjonalnym tonie sporo można wynieść. Narzekała na obsługę w poprzednim barze, z którego właśnie wraca, a może demencje i brak seksu w wieku seniora? ( na oko ponad 70 lat) Wstawcie sobie co chcecie, nie zmieni to faktu, że odebrałem jej osobę jako demona, żeńską wersje Hitlera. Biła od niej dziwna aura. Ochrzaniła kelnera, że piana w piwie, które zamówiła, jest na jeden palec, a nie dwa. Następnie ryła mu czaszkę jakimiś historyjkami, a ten błagalnie przewracał swymi oczętami, nie mogąc jej dłużej znieść. Kilka piw później klneła coś pod nosem.

Naszych rodaków nie trudno spotkać w najbardziej odległych zakątkach świata, więc nie było wielkiego zdziwienia, gdy miałem z nimi styczność u naszych sąsiadów. Trzy osoby zwróciły uwagę na koszulkę z orłem białym, w którą byłem odziany. Pierwszy był dziadek w towarzystwie swych starszych córek, którym uśmiech nie schodził z twarzy. Zaczął na głos śpiewać Mazurek Dąbrowskiego. Fajnie, fajnie, jednak mógł, chociaż ruszyć swe zacne cztery litery i wstać. Druga była mała dziewczynka, która szarpiąc swą rodzicielkę za rękę, krzyczała „mamo, mamo, patrz Polska!”, po czym zamarła bez ruchu i puściła mi oczko – będzie z niej kawał cholery! Jest i trzeci przypominający Ferdka Kiepskiego, którego nieodłącznym atrybutem jest puszka piwa. Ten również zaczął śpiewać, tym razem fragment Big Cyc „Makumba” a jego słowa to:” Polska- Afryka, Afryka-Polska” – nie wiem, czy pił do mojej karnacji, czy był to wyraz jego szczęścia, które osiągnęło na widok swego rodaka apogeum, a, że nie wiedział jak dać mu wyraz, znając niewiele piosenek na pamięć, wyrecytował te cztery słowa.

 

„Było spoko” – słysząc te słowa po inicjacji seksualnej, raczej nie miałyby pozytywnego wydźwięku czyż nie? Monachium jest spoko. Dobre piwko, okolice, w których gościłem wypełnione było ulicznymi artystami: tańczyli, śpiewali, robili magiczne sztuczki z piłką, czy też się przebierali. Turystów było całkiem sporo, architektura przyjemna dla oka, ale nic mi tu dupy nie urwało. I tak jak po słowach „było spoko”, nie chcesz TEGO powtarzać, tak ja zrobię w niedalekiej lub dalszej przyszłości wyjątek, jakim jest Oktoberfest. Jeszcze tego samego dnia zawitałem na stację autobusową, skąd miałem wyjazd do Lugano, miejsca w którym zaczynała się magia…

M+

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Facebook Comments

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *