Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to… – Część 2

Jestem pieprzoną oazą spokoju…tylko woda czasem w niej wrze. Medytacja z pewnością, by mi pomogła. Większość z mych autorytetów praktykuje medytowanie po kilka minut dziennie. Są bardzo zadowoleni z rezultatów i zalecają, by również spróbować. Nie chodzi jednak tylko o wewnętrzny spokój, a o całą paletę zalet, która doda z pewnością kolorytu do życia i w jakimś stopniu podniesie jego komfort. Jestem raczej osobnikiem w gorącej wodzie kąpanym i tak ma pierwsza próba zakończyła się po ledwie minucie. Po prostu nie mogłem usiedzieć w miejscu, więc zaprzestałem.
Zauważyłem, że ostatnio mam szczęście do ludzi. Pojawiają się w mym życiu osoby, które zamiast pluć jadem, wyśmiewać porażki czy wcielać się w rolę „mędrców życiowych”, potrafią służyć dobrym słowem, zmotywować, czy pokazać nową drogę. Jednej z tych osób, wspomniałem o swych nieudolnych próbach medytacji, a tak się akurat złożyło, że sama jest praktykująca i postanowiła wprowadzić mnie w ten świat krok po kroku.
Park, w którym się znajdujemy, jest już w objęciach nocy. Gdzieś w oddali słychać kaczki, które mówią już sobie dobranoc. Poza nielicznymi osobami, które wybrały się biegać, by spalić snicersy zjedzone na kolacje lub te, które wyszły na spacer ze swoimi pupilami, generalnie panuje cisza i spokój – jest wręcz idealnie. Szybko wchłonąłem teorie, gorzej było z praktyką. Gorzej z uwagi na to, że „powaga” została w domu i wszelkie próby kończą się salwami śmiechu. Ostatnia próba jest jednak udana, ale tylko z pozoru, bo coś nie gra. „W środku” wszystko jest jakby ciężkie, łącznie z mym oddechem, który sprawia wrażenie, jakbym przebiegł maraton. Zębatki, które powinny płynnie chodzić, w mym przypadku zgrzytają. Koniec lekcji pierwszej. Nie koniec jednak pięknego wieczoru.
Zanurzamy się w czarny bezkres, w który wplecione są srebrne, migoczące delikatnie punkciki. Dzisiejsza noc jest wyjątkowo piękna. Po chwili wyłapuje jak jedna z „gwiazd” sunie powoli po niebie. Stacja badawcza  – wskazuję palcem na jasny poruszający się punkt. Chwilę później dzieję się coś dziwnego. Na niebie pojawia się kolejny przecinający niebo punkcik. Za jakiś czas kolejny i kolejny. Łącznie tego wieczoru naliczyliśmy ich kilkadziesiąt. Największe me zdumienie wywołały dwie z nich, lecące w nieznacznej odległości, w skali nieba – Iridium. Satelity określane mianem flar. Wskutek odbicia się promieni słonecznych od elementów satelity, te rozświetlają niezwykle jasnym światłem, po czym powoli gasną. Efekt niesamowity szczególnie dla osoby, która widzi go po raz pierwszy.
Dopiero gdy wróciłem do domu wyczytałem o tysiącach satelit, które krążą wokół naszej ziemi. Nie miałem świadomości, że jest ich aż tyle, a już na pewno, że są widoczne gołym okiem. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Nie będę ukrywał, że ma fascynacja kosmosem znacznie się wzmogła ostatnimi czasy. Szczególnie, cieszy fakt, że są osoby, które również się tym interesują i mają ciekawe uwagi czy teorie którymi z chęcią się wymieniają. Zawsze lubiłem głębsze konwersacje, w tym celu zakupiłem ostatnio książkę Stephena Galfarda, który jest uczniem samego Stephena Hawkinga. Przyczyni się to do znacznego poszerzenia zakresu wiedzy w tym temacie. Gdy ją skończę, podzielę się z wami swymi wrażeniami ! 😉
M+
Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *